Nie miałem wcześniej pojęcia, czym tak naprawdę jest surfing. Ot, wydawał mi się ciekawym sportem, ale niczym więcej. Książka „Dni barbarzyńców. Życie na fali” zmieniła to całkowicie. Ta niesamowita pozycja to nie tylko opowieść o wielkich falach i technice ich ujarzmiania, ale też o kulturze, stylu życia i filozofii, która stoi za surfingiem.
Przez długi czas odkładałem tę książkę na później. Leżała na mojej liście „kiedyś przeczytam”, aż w końcu przyszedł odpowiedni moment. Już po kilku rozdziałach zrozumiałem, że nie trzymam w rękach kolejnego poradnika o surfingu ani zbioru historii o łapaniu rekordowych fal.
Najbardziej wciągnęło mnie to, że autor pokazuje cały świat, który wokół surfingu rozwijał się przez lata. Jest tu kultura, wolność, podróże, ryzyko i sposób patrzenia na życie, którego wcześniej w ogóle z tym sportem nie kojarzyłem. Nagle deska przestała być najważniejsza. Stała się tylko przepustką do czegoś znacznie większego.
Lubię książki, po których zaczynam inaczej patrzeć na rzeczy. Nawet jeśli nigdy nie stanę na ogromnej fali, mam poczucie, że dzięki tej lekturze lepiej rozumiem ludzi, którzy potrafią podporządkować jej całe swoje życie.
Fascynująca, inspirująca i po prostu świetnie napisana. To jedna z tych książek, które spokojnie mogę polecić nawet osobom, które z surfingiem nie mają nic wspólnego. Bo ostatecznie nie chodzi tu tylko o fale. Chodzi o pasję, ciekawość świata i odwagę, żeby płynąć własnym kursem.
A ja oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie dorzucił do tego odpowiedniej ścieżki dźwiękowej. Zajrzyjcie do komentarzy. Jest tam utwór, który za każdym razem przenosi mnie prosto w ten hawajski klimat.





